Analiza ISBiznes.pl: Rosjanie, mistrzowie wojskowej propagandy i prototypów

Rosyjskie media poinformowały, iż gotowy jest podwodny dron z głowicą nuklearną przeznaczony do niszczenia miast nadmorskich i amerykańskich grup lotniskowcowych. Jednak nawet jeśli prototyp takiego drona istnieje, to ma on parametry o wiele gorsze niż twierdzą Rosjanie i będą problemy z jego produkcją. Jak zresztą z każdym technicznie zaawansowanym rosyjskim sprzętem wojskowym. O czym świadczą historie innych rosyjskich wojskowych wytworów wysokiej techniki – czołgu T-14 Armata i maszyny przewagi powietrznej Su-57.

Rosja przekazała sygnał, iż postanowiła ominąć działające traktaty zbrojeniowe i wywołać nową rundę wyścigu zbrojeń. 12 stycznia agencja Interfax powołując się na niezidentyfikowane źródło w Ministerstwie Obrony poinformowała, że Rosja wyprodukuje „killer sat” – satelitę niszczącego zarówno satelity cywilne, jak i wojskowe potencjalnego przeciwnika. 16 stycznia z kolei agencja TASS podała, że wyprodukowano pierwszą nuklearną głowicę do nowej broni – wielkiego 24-metrowego podwodnego drona Poseidon napędzanego małym reaktorem, podobnie jak atomowe okręty podwodne. Dron ten, o kodowej nazwie Status-6, jest wielkości miniaturowego okrętu podwodnego, zaś jego przeznaczeniem ma być niszczenie portowych i innych ważnych instalacji oraz „zalewanie dużych połaci lądu radioaktywnym tsunami, sprawiającym że te tereny nie będą się nadawały do zamieszkania”. Działanie to miałoby być wywołane przez 100 MT głowicę umieszczoną w dronie. Poseidon będzie przenoszony przez jeden jedyny okręt – atomowy okręt podwodny specjalnego przeznaczenia K-329 Biełgorod, zbudowany przez Stocznię Siewmasz.

„Pierwsze ładunki amunicji drona Poseidon zostały wyprodukowane, a okręt podwodny Biełgorod otrzyma je w najbliższej przyszłości” – podała agencja TASS, cytując źródło w resorcie obrony. Agencja stwierdziła przy tym, że gotowe są inne główne komponenty Poseidona, jak miniaturowy reaktor jądrowy, stanowiący źródło napędu, zaś załoga atomowego okrętu podwodnego Biełgorod zakończyła testy z modelami torpedy.

Pierwsze informacje o nowej broni, znanej wtedy jeszcze jako Stratus-6, Putin ogłosił już w 2018 r., mówiąc o niej jako o „nowym rodzaju strategicznej broni jądrowej z własnym napędem jądrowym”. Stało się w ramach zaplanowanego wycieku informacji z prezentacji pokazanej na konferencji dotyczącej strategicznych środków rażenia Federacji Rosyjskiej. Zasadniczo od początku było wiadomo, iż jest duży dron podwodny, wystrzeliwany z wyrzutni torpedowych atomowych okrętów podwodnych. Putin oświadczył, iż zasięg Poseidon jest „praktycznie nieograniczony”. Dron może „miesiącami” przebywać pod wodą „nim zostanie uaktywniony i uderzy” i na dodatek może działać na „ekstremalnych głębokościach z szybkością niemożliwą do osiągnięcia dla atomowych okrętów podwodnych, które także może zwalczać”. Dron może bowiem uderzać nie tylko w miasta, ale i we wrogie, czyli amerykańskie, zgrupowania lotniskowcowe.

„Są bardzo ciche, mają dużą zwrotność i są praktycznie niezniszczalne dla wroga. Nie ma dziś na świecie broni, która mogłaby im przeciwdziałać” – powiedział wtedy Putin.

Poseidon, w kodzie NATO określany jako Kanyon, w istocie mógłby być poważnym problemem dla USA i całego Paktu. W zeszłym roku Instytut Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych stwierdził, że prace nad Poseidonem wywróciły do góry nogami założenia dotyczące broni jądrowej wystrzeliwanej z okrętów podwodnych.

„Być może najbardziej przerażające jest to, że ta broń nuklearna ma potencjał do autonomicznego działania. W pełni operacyjny Kanyon miałby niesamowity wpływ strategiczny. Jako nowa platforma przenoszenia nie jest bowiem objęty obecnymi traktatami o broni jądrowej” – napisało w omówieniu tej broni pismo Instytutu „Posture Review”. Amerykanie uważają, że Rosjanie po prostu zaczynają wymuszać podwodny wyścig zbrojeń, podobny do kosmicznego. W konsekwencji będą musiały zostać opracowane środki zwalczania takich zagrożeń oraz „symetrycznej odpowiedzi” na nie.

Zagrożenie mogłoby się wydawać istotne, gdyby nie pewnie nieścisłości, o których prawdopodobnie świadomie zapominają propagandziści w rosyjskim resorcie obrony. W kwestii „killer sat” niszczącego inne satelity, nie ma jeszcze rakiety ani choćby środka kinetycznego w rosyjskim arsenale, który odpowiednio kierowany byłby w stanie zniszczyć wrogie satelity. Jeśli zaś chodzi o Poseidona, niemożliwe jest zamontowanie w tym dronie głowicy 100 megatonowej, tym bardziej, że w swoim arsenale Rosjanie takowej nie mają. Największa możliwa do zainstalowania głowica ma 2 megatony, co znacznie zmniejsza niebezpieczeństwo spowodowane jej siłą rażenia.

Jest jeszcze drugi problem. Jak stwierdza „Technology Review” – pismo Massachusetts Insitute of Technology – „Rosjanie są mistrzami prototypów”. Zwłaszcza jeśli chodzi o sprzęt wojskowy. Jednak to, co wychodzi w prototypowaniu trzeba przełożyć na produkcję masową albo przynajmniej seryjną. I tu objawiają się wszystkie rosyjskie problemy: nietrzymanie się dokumentacji projektowej, niechlujność montażu, błędy montażowe, brak kontroli sprawności i kontroli jakości. W efekcie sprzęt, który jako prototyp działał dobrze, albo przynajmniej spełniał założenia, w produkcji okazuje się jedną wielką porażką. Rosja pokazała to już przy swoim najnowszym czołgu – T-14 Armata, zwanym (mocno na wyrost) w rosyjskiej prasie „zabójcą Abramsów”, czy samolocie przewagi powietrznej Su-57.

Su-57 to samolot wielozadaniowy, choć najbardziej maszyna przewagi powietrznej, oficjalnie rozwijana od 2010 r. W wyposażeniu Wozduszno-Kosmiczeskich Sił (WKS), czyli Sił Powietrzno-Kosmicznych Federacji Rosyjskiej miało znaleźć się w 2024 r. aż 400 tych samolotów, zaś w 2030 r. miały one – już po pierwszej modernizacji – stanowić najważniejszy komponent ataku i zarazem obrony lotnictwa Rosji. Przede wszystkim dzięki unikatowemu systemowi Directed Infrared Counter Measures (DIRCM), maszyna miała wykrywać pasywnie rakiety naprowadzane na podczerwień, zaś laser – je oślepiać. Nowej generacji radar typu AESA oraz system kierowania ogniem miały zapewnić „dwukrotnie większy zasięg zwalczania celów powietrznych niż F-22”. Jak się jednak szybko okazało, nawet gdyby rzeczywiście Su-57 mógł zwalczać wrogie maszyny na takich dystansach, to Rosja nie ma do tego celu odpowiednich rakiet, zaś DIRCM, który doskonale sprawdzał się w ustawieniach na stoisku testowym, nigdy nie został sprawdzony w powietrzu czy to na Su-57, czy na jakiejkolwiek innej maszynie testowej. Doszły do tego problemy z wektorowaniem ciągu sprawdzonego niby silnika Saturn AŁ-41F – dwie takie jednostki stanowią napęd tej maszyny. Według analityka od lat zajmującego się rosyjskim i chińskim sprzętem wojskowym, prezesa zarządu think tanku Rogue States Project, Harry’ego Kazianisa, sprawny Su-57 „w niektórych parametrach bojowych może być lepszy od starszych F-15 czy F-16, ale nie dorównuje F-15EX, F-22, czy F-35”.

Su-57 Felon pojawiły się ostatnio na wojnie ukraińskiej działając z bazy w Achitubińsku. Maszyny tego typu znajdują się także w 4 Bazie Lotniczej w Lipiecku. Wystrzeliwały pociski na ukraińską energetykę poza zasięgiem obrony przeciwlotniczej Ukrainy. Ogólnie na stanie WKS znajduje się ledwie 20 maszyn tego typu, a z nieoficjalnych informacji wynika, że jedną udało się ciężko uszkodzić Ukraińcom w czasie jednego z napadów rakietowych na lotniska rosyjskie. Sprawnych jest zaś 10-12, z czego zadania bojowe wykonuje 6-8. Mimo tego, na początku stycznia MON Rosji ogłosił, że w 2023 r. zostanie wyprodukowanych i wprowadzonych na stan ponad 40 maszyn, głównie Su-34 i Su-57.

Jeszcze gorszy problem mają Rosjanie ze swoim najnowszym czołgiem T-14 Armata. Wyposażony w radar dopplerowski, cyfrowe kamery ultrafioletu i podczerwieni w jakości HD, cyfrowy i satelitarny system komunikacyjny, lądową wersję IFF, pociski przeciwpancerne „zdolne zniszczyć każdy czołg NATO”, miał być swoistym „gamechangerem” rosyjskich Wojsk Lądowych. Jeszcze w 2016 r. MON Rosji zakładało, że w 2015-2020 do sił zbrojnych trafi 2300 tych czołgów. Obecnie ich liczba waha się pomiędzy 20 wozami a „wyposażeniem około dwóch kompanii”, czyli niewiele więcej. Jak to się stało?

Podstawą problemów z T-14 był nowy silnik A-85-3A. Ten chłodzony cieczą Diesel, w nietypowym układzie X – 12 cylindrów w czterech rzędach po trzy cylindry – posiadający dwie turbosprężarki z chłodnicami powietrza doładowującego. Jest paliwożerny, zużywa wielkie ilości oleju, bardzo trudny w obsłudze, koszmarny, jeśli trzeba dokonać napraw w warsztacie polowym ze względu na „upchnięcie” najważniejszych części silnika na małej przestrzeni tak, że dostęp do nich jest utrudniony. Podobnie jak chłodzenie, więc łatwo się przegrzewa, a jego resurs i potencjał modernizacyjny jest niewielki.

7 maja 2015 r. w trakcie prób do defilady z okazji Dnia Zwycięstwa, jeden z T-14 „wjechał na plac Czerwony w kolumnie pojazdów opancerzonych. Grała orkiestra dęta, zebrani byli w podniosłym nastroju. I ku zaskoczeniu wielu nagle Armata się zatrzymała. Czołg zatarasował pas, którym jechały inne pojazdy. Stanął przed samym Mauzoleum Lenina. Postój trwał mniej więcej 15 minut. W tym czasie przejeżdżał inny sprzęt, niektóre pojazdy czołg omijały, w powietrzu latały samoloty bojowe. W końcu lektor ogłosił zebranym, że zatrzymanie czołgu było akcją zaplanowaną, która miała pokazać, jak ma przebiegać ewakuacja ciężkiego sprzętu” – tak opisał awarię Armaty korespondent radia Echo Moskwy. Wozu nie można było bowiem odholować.

Była to jedna z wielu awarii T-14. Na początku 2023 r. MON Rosji ogłosił jednak, że czołg trafi na front wojny ukraińskiej. Propagandysta z państwowej telewizji Rossija 1 Władimir Sołowiow pokazał nawet ćwiczenia około plutonu T-14 na poligonie czołgowym w Kazaniu i stwierdził, że „za chwilę zmienią sytuację na froncie i zniszczą zachodnią technikę w tym przereklamowane Abramsy”.

Michał Marek, dyrektor Centrum Badań nad Współczesnym Środowiskiem Bezpieczeństwa tak podsumował te zapowiedzi na Twitterze: „Kropla, która przelała czarę goryczy… W odpowiedzi na obecność czołgów Abrams w Polsce Rosjanie przerzucą na front czołgi T-14 Armata. Jest fuhrer, musi być i mityczna wunderwaffe… O ile w ogóle kiedyś rzeczywiście T14 trafią na front…”. MON Rosji potwierdziło w grudniu 2022 r., że produkcja T-14 będzie „opóźniona”, jednak nie podano o ile i jaki będzie plan produkcyjny Armaty. Najnowsze informacje z MON Rosji mówią o 200-250 czołgach do 2030 r.


Rosyjski analityk o T-14 Armata poprzez jeden z militarnych kanałów komunikatora Telegram:

Silnik Armaty to typowy eksponat, który działa tylko wtedy, gdy wokół niego kręci się banda fabrycznych mechaników, a czołg jest obsadzony testerami. Rosja w ogóle nie umie robić nowoczesnych diesli czołgowych. Stary diesel na T-72 to produkt z innej epoki. Próba stworzenia nowego czołgowego diesla o mocy ponad 1500 KM poprzez wymyślenie konstrukcji w kształcie litery „X” ze starych radzieckich silników jest skazana na niepowodzenie (…). Tragedia rosyjskiej Armaty polega na tym, że nawet gdyby sam czołg i jego jednostka mogłyby być związane w jedną sieć pola walki, nic by to nie dało.

A co z sensorami zewnętrznymi? A może automatyczne odbieranie informacji nie z sąsiedniego czołgu, ale z UAV, lotnictwa, kompleksów RTR? A duma z zainstalowania radarów AFAR na czołgu w warunkach rosyjskich jest kompletną bzdurą. Podczas gdy propagandyści opowiadają o tym, że „nie ma to analogów…”, wszyscy doskonale wiedzą, że radar na rosyjskim czołgu jest niesprawny. Już radary lotnicze w Rosji są marne. W pojazdach lądowych w ogóle nie działały.

Może „wojskowa wersja” T-14 z załogową wieżą i starym dieslem z T-72? Niedorzeczne. Przy deklarowanej masie T-14 na poziomie 55-60 ton masa wieży po przeprojektowaniu wzrośnie o 10 ton. Efektem będzie taka masa jak Abramsa, ale ze słabym silnikiem. Bedzie mógł się poruszać z prędkością Rogozina strzelonego w dupę.

W tym przypadku główną tajemnicą T-72B3 z 2022 r., T-90M z 2022 r. jest tak naprawdę fakt, że są one co miesiąc upraszczane. Nie ma gdzie dostać nowej elektroniki. Z uszkodzonych czołgów zdejmuje się sprawne jednostki elektroniczne i zakłada na „nowe, dopiero co wypuszczone” wozy. Nie będzie to działać z Armatą. Możliwe i realne jest sformowanie batalionu z T-14. Jakaś ilość tych paradnych budek samobieżnych została wyprodukowana. Tyle, że ich skuteczność bojowa będzie tylko nieco wyższa od zera. W celach pokazowych i propagandowych Armata może być używana na strzelnicach, a nawet trafić na chwilę na linię frontu. Nic ponad to”.