Analiza ISBiznes.pl: Cła Trumpa – pokerowa zagrywka czy wstęp do wojny handlowej

SEG 2025

Cła wzajemne prezydenta USA Donalda Trumpa, które mają wejść w życie 5 kwietnia, obejmują wszystkie kraje Unii Europejskiej, Chiny, Japonię, Koreę Południową, Szwajcarię, Wielką Brytanię, Tajwan, Malezję, Indie, Brazylię, Indonezję, Wietnam, Singapur, Wenezuelę i Ukrainę. Trump sugeruje, by firmy przeniosły całą swoją produkcję do USA. Ekonomiści protestują – ich zdaniem postrzeganie ceł jako „instrumentu do wszystkiego” przez obecną ekipę wtrąci USA w recesję. Analitycy sądzą, że obecne ogłoszenie stawek celnych jest „pokerową grą” prezydenta USA.

Prezydent USA ogłosił w Ogrodzie Różanym w Białym Domu nowe stawki celne, które mają obowiązywać od 5 kwietnia jako cła podstawowe, zaś cła dodatkowe wejdą w życie 9 kwietnia. Na liście objętych „cłami wzajemnymi” przez administrację USA znalazły się: Chiny ze stawką 34%, Unia Europejska z 20%, Japonia z 24%, Korea Południowa – 25%, Szwajcaria – 31%, Malezja – 24%, Indie – 26%, Tajwan i Indonezja – po 32%, Wietnam – 46%, Wenezuela – 15% oraz Wielka Brytania, Brazylia, Singapur, Ukraina po 10%. Jak od razu zauważyli analitycy, jest istotne czy 34% cło na produkty chińskie zawiera w sobie 20% cła karne uchwalone przez Biały Dom w marcu br. czy też stanowią dodatkową stawkę celną. W tym momencie cła na cały chiński eksport wynosiłyby bowiem 54%.

Istotne są też 25% cła na cały eksport z Kanady i Meksyku do USA oraz taka sama stawka celna na wszystkie samochody, lekkie ciężarówki, silniki, skrzynie biegów, akumulatory litowo-jonowe i takie podzespoły jak opony, amortyzatory i przewody świec zapłonowych wyprodukowane poza USA. Taka sama stawka celna dotyczy też także całego import komputerów, w tym laptopów i komputerów stacjonarnych. Stawki te łącznie obejmą części samochodowe i import komputerów o wartości prawie 600 mld dolarów według kodów celnych wymienionych w Federal Register.

Do ogłoszenia o nowych stawkach celnych została dodana zadziwiająca lista krajów nimi objętych, na której znalazły się m.in. Falklandy, niezaludnione wyspy Heard i McDonalda, jedne z najbardziej odosobnionych miejsc na świecie niedaleko Antarktydy oraz Brytyjskie Terytorium Oceanu Indyjskiego – wyspy, na których znajduje się wielka baza USA Diego Garcia. Niejako przy okazji wyszło więc na jaw, że Amerykanie obłożyli cłami własną bazę…

Co ciekawe, na tej liście nie ma Białorusi, Kuby, Korei Północnej i Rosji. Karoline Leavitt, rzecznik prasowy Białego Domu powiedziała w trakcie briefingu prasowego, że brak na liście Korei Północnej, Kuby i Białorusi jest spowodowany amerykańskimi sankcjami ponadto „już nałożone są na te kraje cła karne”. W przypadku Rosji „między oboma krajami nie ma znaczącej wymiany handlowej”, co szybko okazało się niezbyt prawdziwe. Jak się okazuje, w 2024 roku rosyjski eksport do USA wyniósł ponad 3 mld dolarów, zaś amerykański do Rosji – 526,4 mln dolarów.

Jak wykrył James Surowiecki z The New Yorker, stawki celne mimo skomplikowanego wzoru, jaki przedstawiła administracja Trumpa obliczano dość prosto: deficyt w handlu z danym krajem dzielono przez wartość amerykańskiego eksportu do niego dodając współczynnik 0,5. Powstała liczba była według administracji Trumpa „procentem ceł i podatków”, którymi dany kraj zabezpieczał się przez amerykańskim eksportem. Jeśli wynik był ujemny, wówczas dodawano bazową stawkę celną 10%. Surowiecki znalazł też i inne ciekawostki.

„Po prostu genialne. Ponieważ Indonezja ma wysoki podatek na import kawy, Trump zamierza nałożyć 32% podatek na import kawy z Indonezji – mimo że USA nie eksportują kawy do Indonezji (ani prawie nigdzie indziej). On dosłownie nie rozumie koncepcji przewagi komparatywnej” – napisał na serwisie X.

Obecnie Unia Europejska, Chiny, Kanada i Meksyk zapowiedziały wprowadzenie ceł odwetowych. Wielka Brytania na razie nie chce stosować tego typu ceł i liczy na rozmowy. Jednak nawet dla Pekinu nastawionego na eksport istnieją pewne granice odpowiedzi symetrycznej, zaś jak stwierdzili ekonomiści zapytywani przez AFP i Bloomberg „dla krajów afrykańskich i azjatyckich eksport do USA jest zbyt ważny, aby ryzykować jakiekolwiek starcie z USA”. Nie mają bowiem możliwości znalezienia innych klientów na swoją produkcję lub możliwości te są niewielkie. Podobnie według analityków zapytywanych przez AP podzieli się Ameryka Południowa. Mimo iż prezydent Chile po ogłoszeniu nowych ceł nazwał Trumpa ironicznie „cesarzem USA” to „wiele krajów przyjmie amerykańskie działania w milczeniu”.

Donald Trump tymczasem broni nowych regulacji celnych.

„Cła dają naszemu krajowi ochronę przed tymi, którzy mogliby wyrządzić szkody gospodarcze USA, a wiele osób chciało wyrządzić szkody gospodarcze USA. Może nie jest to aż tak oczywiste, ale wyrządzali ogromne szkody gospodarcze. Ale co ważniejsze, dadzą nam wzrost. Te cła dadzą nam wzrost, jakiego jeszcze nie widzieliście […]. Dotujemy wiele krajów i utrzymujemy je w ruchu i w biznesie. Dlaczego to robimy? Mam na myśli, w którym momencie mówimy, że musicie pracować na siebie, dlatego mamy duże deficyty. Dlatego mamy tyle długu, który został nam narzucony na głowy w ciągu ostatnich kilku lat i naprawdę nie możemy tego dłużej znosić. W obliczu nieustającej wojny gospodarczej Stany Zjednoczone nie mogą dłużej kontynuować polityki jednostronnej kapitulacji gospodarczej. Nie możemy płacić deficytów Kanady, Meksyku i wielu innych krajów. Kiedyś to robiliśmy. Nie możemy tego już robić. Dbamy o kraje na całym świecie. Płacimy za ich armię. Płacimy za wszystko, co muszą płacić. A potem, gdy chcesz trochę ograniczyć wydatki, denerwują się, że już się nimi nie zajmujesz. Ale musimy dbać o naszych ludzi i najpierw zadbamy o naszych ludzi. I przykro mi to mówić […]. Jeśli będą narzekać, jeśli chcecie, żeby wasza stawka celna wynosiła zero, to budujcie swój produkt tutaj, w Ameryce, ponieważ nie ma cła, jeśli budujecie swój zakład, swój produkt w Ameryce. I widzieliśmy firmy, których nigdy wcześniej nie widzieliśmy” – stwierdził w przemówieniu w Ogrodzie Różanym. Jak dodał, „teraz zajmiemy się pakietem obniżek podatkowych i nie będziemy obniżać świadczeń Social Security, Medicare ani Medicaid”. Te obniżki podatków mają sfinansować właśnie podwyżki ceł.

Peter Navarro jeden z doradców ekonomicznych Trumpa szacuje wpływ nowych ceł na „dodatkowe 700 mln dolarów rocznie”, co jednak według analityków JP Morgan jest po prostu nieprawdziwe.

Tymczasem reakcja zarówno ze strony polityków, jak i przedstawicieli środowisk biznesowych poza USA na nowy pakiet amerykańskich regulacji celnych była zdecydowanie negatywna.

„Cła to podatki, które szkodzą konsumentom poprzez zwiększanie kosztów, podnoszenie inflacji i niesprawiedliwe oddziaływanie na pracowników po obu stronach granicy. W czasach, gdy producenci samochodów potrzebują pewności bardziej niż kiedykolwiek, wzywamy rządy na wszystkich szczeblach do konsultacji z branżą i dokładnego przemyślenia, w jaki sposób skutecznie zareagować na te nieuzasadnione cła skupiając się na stabilności i utrzymaniu konkurencyjności, jednocześnie minimalizując niezamierzone konsekwencje. Rządy powinny szukać długoterminowych rozwiązań w celu usunięcia tych ceł, nadając priorytet eliminacji barier regulacyjnych dla konkurencyjności branży i zapewniając producentom samochodów elastyczność w reagowaniu w tych niepewnych czasach” – stwierdził David Adams, prezes i dyrektor generalny Global Automakers of Canada. Davis zaleca przy tym „ostrożność” w postępowaniu z Amerykanami dając do zrozumienia, że Trumpem powodują względy „pozabiznesowe”.

„Dla naszych amerykańskich przyjaciół, dzisiaj nie jest dzień wyzwolenia – to dzień urazy. Cła Donalda Trumpa nie bronią uczciwego handlu; atakują go ze strachu i szkodzą obu stronom Atlantyku. Europa jest zjednoczona, gotowa bronić swoich interesów i otwarta na uczciwe, stanowcze rozmowy” – napisał Manfred Weber, przewodniczący niemieckiej EPP, największej partii w Parlamencie Europejskim, w poście na X. Z kolei Dirk Jandura, szef niemieckiego stowarzyszenia eksporterów BGA stwierdził wprost, że eksporterzy i producenci będą musieli „przerzucić te cła wraz ze wzrostem cen, a to w wielu przypadkach wpłynie na obroty”.

„To ekonomiczny ślepy zaułek, na którego końcu leżą straty w dobrobycie po obu stronach Atlantyku” – dodał.

Podobnie zareagował Wolfgang Grosse Entrup, szef niemieckiego stowarzyszenia przemysłu chemicznego VCI, które reprezentuje firmy zatrudniające 560 000 osób i osiągające obroty w wysokości 245 mld euro. On, tak jak Davis, zaleca ostrożność w postępowaniu z Amerykanami.

„Wszystkie strony muszą teraz zachować zimną krew. USA są i pozostają głównym partnerem handlowym Niemiec. Spirala eskalacji tylko pogłębi szkody” – stwierdził wprost w poście na Xitterze.

W pierwszych reakcjach analityków europejska agencja ratingowa Scope zauważyła, że eskalacja wojny handlowej Donalda Trumpa prawdopodobnie zwiększy inflację, spowolni wzrost gospodarczy i doprowadzi do zmian w globalnych łańcuchach dostaw.

„Dlatego obniżyliśmy nasze oczekiwania dotyczące wzrostu na rok 2025 do około 1% (w dół z 2,7% w naszej prognozie z grudnia) i do 1,5%-2% w roku 2026 (w dół z 2,2%). Jest to porównywalne ze średnim rocznym wzrostem na poziomie 2,7% w ciągu ostatnich trzech lat” – napisała agencja w nocie dla inwestorów.

Kierująca Europejskim Bankiem Centralnym Christine Lagarde, nie miała wątpliwości, że „cła Trumpa” jak się je powszechnie nazywa, odbiją się na wzroście gospodarczym na całym świecie. Jak zauważyła, Peter Sutherland jeden ze współzałożycieli Światowej Organizacji Handlu „przewracałby się w grobie, gdyby wiedział, co się dzieje w tej chwili”.

„(Efekt tych ceł) będzie negatywny na całym świecie, a gęstość i trwałość ich wpływu będą się różnić w zależności od zakresu, produktów, których dotyczy, od tego jak długo to potrwa, od tego czy będą prowadzone negocjacje. Bo nie zapominajmy, że te eskalacje ceł są dość częste, a ponieważ okazują się szkodliwe, nawet dla tych, którzy je nakładają, prowadzą do stołów negocjacyjnych, przy których ludzie faktycznie siadają i dyskutują, a ostatecznie usuwają niektóre z tych barier” – zauważyła Lagarde w wywiadzie dla irlandzkiego radia Newstalk.

Analitycy zapytywani przez agencję AP podkreślają, że Biały Dom starał się sprzedać w powszechnym obiorze cła Trumpa, jako sposób na przeniesienie produkcji z powrotem do USA, podkreślając, że w czasie jego pierwszej kadencji cła zwiększyły reshoring bez podsycania inflacji. Powołują się przy tym na rzekome badania organizacji lobbyingowej stojącej za kampanią na rzecz podwyżek ceł – Coalition for Prosperous America, które mają wykazywać, że wprowadzenie ceł w czasie pierwszej administracji Trumpa wzmocniły gospodarkę USA.

Jednak niemal wszyscy ekonomiści zarówno z USA, jak i Europy czy Azji stwierdzają, że obecne radykalne podwyżki taryf celnych podniosą ceny, zaś analiza przeprowadzona w 2019 r. przez badaczy z FED wykazała, że wszelkie zyski we wzroście produkcji wynikające z cła Trumpa nałożonego w czasie pierwszej kadencji zostały zniwelowane przez większe negatywne skutki rosnących kosztów nakładów i cła odwetowe. Dodatkowo powszechne jest zwątpienie reshoring, koszty i czas jego przeprowadzenia dla wielu firm spowodują, że proces ten będzie po prostu nieopłacalny. Bardziej będzie się opłacało zakładanie w USA małych montowni i rebranding produkcji jako „amerykańskiej”.

„Kwestia reindustrializacji jest też niezwykle wątpliwa. Globalizacja, która rozpoczęła się od lat 80. XX wieku, doprowadziła do przeniesienia wielu miejsc pracy poza USA. Szacuje się, że USA straciły blisko 100 tys. firm produkcyjnych i 5 mln miejsc pracy. Dobrze płatnych i stabilnych miejsc pracy. Klasa średnia zaczęła uzupełniać dochody kredytami, co doprowadziło do potężnego zadłużenia gospodarstw domowych i do szukania polityków, którzy obiecują niestworzone rzeczy” – skomentował Piotr Kuczyński, główny analityk XTB Xelion.

Podobnie przeciwnikiem nowych ceł jest były sekretarz skarbu Lawrence Summers. W swej ostrej krytyce nazwał je „kiepskim merkantylizmem” ponieważ nie uwzględniają „nawet niektórych kategorii ważnych dla konkurencyjności USA”. Summers wymienił tu 25% cła na stal i aluminium, które podniosą koszty produkcji w amerykańskim przemyśle. Odwołał się też do niesławnej ustawy celnej Smoot-Hawleya z 1930 roku. Ustawa ta wywołała pierwszą głobalną wojnę handlową, zamieniła Wielki Kryzys w Wielką Depresję przedłużając stan kryzysu o co najmniej kilka lat. Tymczasem obecne regulacje celne miałyby większy zakres niż ta ustawa.

Jednak wielu analityków twierdzi, iż w rzeczywistości zgodnie z naturą Donalda Trumpa, obecne deklaracje o nagłym wzroście ceł to nic innego jak „ruch pokerzysty”.

Tak uważają analitycy francuscy i szwedzcy zaś Piotr Kuczyński pisze wprost, że „Biały Dom sygnalizuje, że Donald Trump jest otwarty na negocjacje mające na celu ich obniżenie. Od teraz zaczną się więc dyskusje i trwające wiele miesięcy ucieranie stanowisk”.