Analiza ISBiznes.pl: Polskie Wielkie Zakupy MON

Śmigłowiec AH-64E

Polscy politycy przywieźli z USA zgodę na negocjowanie największych od dwóch dekad umów na wyposażenie i uzbrojenie bojowe, głównie dla Sił Powietrznych. Z kolei wiceprezes Boeinga przywiózł propozycję zakupu sprzętu lotniczego za kilka miliardów dolarów. Można odnieść wrażenie, że koncerny zbrojeniowe zaczęły traktować RP jak Zjednoczone Emiraty Arabskie jeśli chodzi o zakupy sprzętu bojowego.

Najpierw warto omówić transakcje, które już „są na stole”, więc na pewno nastąpią. I tak w ramach Defense Cooperation Agreement agencja rządowa USA, Defense Security Cooperation Agency, ogłosiła, że Departament Stanu zatwierdził „możliwą sprzedaż zagranicznego sprzętu wojskowego” rządowi RP, czyli po prostu zaaprobował podjęcie negocjacji przez zainteresowane amerykańskie firmy zbrojeniowe oraz przedstawicieli polskiego rządu.

A są to rzeczy niebagatelne. Pierwsza ewentualna transakcja dotyczy 232 rakiet taktycznych AIM-9X Sidewinder Block II i szesnastu jednostek naprowadzania rakiet taktycznych AIM-9X Sidewinder Block II. Umowa obejmie także pakiet szkoleniowy i logistyczny, komponenty i części zamienne, pomoc techniczną, logistykę i wsparcie. Szacunkowy koszt tego zakupu to 219,1 mln dolarów. AIM-9X Block II Sidewinder to obecnie najlepszy pocisk krótkiego zasięgu do walki manewrowej – bardzo trudny do wymanewrowania ze względu na mechanizm wektorowania ciągu, z najnowszym seekerem i jako pierwszy z tej rodziny mogący być używany przeciwko celom lądowym. Ze strony USA kontraktorem ma być RTX Corporation z Tucson w Arizonie, czyli dawny Raytheon.

Drugim rodzajem sprzętu, jakiego nabycie polski rząd ma przez Agencję Uzbrojenia negocjować, ma być 748 rakiet powietrze-powietrze średniego zasięgu AIM-120C-8 (AMRAAM), do szesnastu sekcji naprowadzania AIM-120C-8 AMRAAM oraz pięćdziesiąt wyrzutni rakiet kierowanych LAU-129. W zestawie znajduje się także pakiet szkoleniowy, pojemniki na rakiety, części zamienne, zestawy testowe, pakiet logistyczny, oprogramowanie, także niejawne oraz dokumentacja techniczna i usługi wsparcia. Szacunkowy koszt zakupu wyniesie 1,69 mld dolarów. Podobnie, jak w przypadku Sidewinderów, także i tu kontraktorem będzie RTX.

Wreszcie wisienką na torcie jest zakup uniwersalnych rakiet dalekodystansowych, czyli pocisków manewrujących AGM-158B-2. Pocisków tych określanych jako JASSM-ER zamierzamy kupić aż 821 wraz z pakietem szkoleniowym, logistycznym i wsparcia, dokumentacją techniczną i integracją. Szacunkowy całkowity koszt transakcji wyniesie 1,77 mld dolarów, natomiast głównym wykonawcą ma być koncern Lockheed Martin.

Wszystkie te zakupy, czy raczej ich propozycje, są bardzo ciekawe. Jest to bowiem doskonałe uzbrojenie lotnicze, wyraźnie dedykowane dla powoli napływających do Polski F-35 Lightning II. Ewentualnie można je zastosować na pozostających na wyposażeniu Sił Powietrzny F-16 C/D Block 52+, ale… tu zaczynają się problemy. Kiedy kupowaliśmy te maszyny były one jednymi z najlepszych wielozadaniowych samolotów bojowych Zachodu. Tyle, że od tego czasu minęło 21 lat – na rynku pojawiły się F-16V (Viper), Dassault Rafale M, F-35. Tymczasem nasze F-16 C/D Block 52+ nie przeszły żadnej modernizacji, choć odpowiadające im maszyny greckie zaliczają już drugą, co ma je zbliżyć do standardu F-16V, podobnie maszyny izraelskie. W Polsce dopiero niedawno zorientowano się, że nasze najnowsze Jastrzębie odstają już poziomem od tego, co lata w Siłach Powietrznych innych krajów i postanowiono przeprowadzić modernizację. Jak to zwykle w RP bywa – tanim kosztem, by tylko można było zintegrować z nimi nowocześniejsze uzbrojenie, co oczywiście znacząco ani właściwości, ani możliwości naszych F-16 to nie poprawi.

Samo uzbrojenie, które zamawiamy jest bardzo nowoczesne i zwiększy znacząco zdolności bojowe polskich Sił Powietrznych, ich interoperacyjność z NATO oraz możliwości atakowania celów zarówno  powietrznych, jak i lądowych w obszarach bliskiego i średniego zasięgu. Jednak po wynegocjowaniu umów – nawet jeśli nastąpi to w obecnym roku – na dostawy tak dużej ilości nowoczesnego uzbrojenia rakietowego możemy liczyć dopiero w latach 2025-2029, a może i nawet po 2030 roku.

Z jednej strony to dobrze, bowiem wtedy zaczną napływać do Polski kolejne partie F-35 Lightning II Block 4, ale z drugiej strony, jak to się ma do bardzo często używanego dla pospiesznego podpisywania umów i dostawy sprzętu wojskowego argumentu, że „nie mamy czasu”? Te umowy pokazują, że jest on kompletną fikcją.

Co gorsza, jak poinformowali Amerykanie, nie są znane przy okazji tych wszystkich transakcji żadne umowy offsetowe, co oznacza, że kupujemy uzbrojenie „z półki”, polski przemysł nic na tym nie zarobi i nie zyska.

Jest jeszcze jedno – amerykańskie propozycje, a konkretnie propozycje koncernu Boeing, ponoć ze wsparciem samego Departamentu Stanu, co miał stwierdzić przebywający z wizytą w naszym kraju wiceprezes koncernu, Theodor Colbert III, szef Boeing Defense, Space & Security. Przyjechał do Polski negocjować umowę nabycia 96 śmigłowców wsparcia pola walki AH-64E Apache/Guardian.

„Negocjacje są na zaawansowanym etapie. Rozwiązaliśmy już kwestie techniczne, integracyjne i dotyczące szkolenia. Aktualnie skupiamy się na zaangażowaniu lokalnym” – powiedział na konferencji prasowej. Cobert obiecał obsługę techniczną Apache w Łodzi, zaś  bazę szkoleniową w Warszawie. Cała ta transakcja jest bardzo dziwna. Po pierwsze, posiadanie 96 śmigłowców AH-64E czyniłoby polską flotę maszyn tego typu powyżej całej floty francuskiej odpowiadających im PAH-2 Tigre wynoszącej 75 maszyn. Drugim problemem jest infrastruktura dla takiej ilości śmigłowców pola walki: gdzie poza 58. Bazą Lotniczą miałyby się znaleźć? Skąd weźmiemy 380 pilotów i operatorów uzbrojenia o ponadprzeciętnym poziomie wyszkolenia dla takiej floty śmigłowcowej i przede wszystkim czy zdołamy ich racjonalnie użyć na przyszłym polu walki? Doświadczenia z Ukrainy pokazują, że śmigłowce wsparcia wchodzą do akcji ostatnie – kiedy już nastąpi lotnicza izolacja pola walki i obezwładniona będzie przez jednostki Iron Hands obrona przeciwlotnicza Rosjan. Tymczasem izolacja pola walki możliwa będzie jedynie w wojnie pełnoskalowej, jeśli jednostki lotnicze NATO „wymiotą” Rosjan z nieba i spowodują straty w artylerii przeciwlotniczej, które utrudnią jej działanie. Ale nawet wtedy 96 śmigłowców AH-64E może okazać się jak na działania frontowe sporą liczbą, przy czym oczywiście jak najbardziej przydatne, gdyby wojna miała potrwać dłużej. Ale Amerykanie również mają swoje AH-64E a europejska część NATO także PAH-2.

Kolejny problem to utrzymanie takiej floty. Jak przyznał sam Colbert, „istnieje koszt pozyskania i koszt cyklu życia. Koszt cyklu życia, to około 70% całości wydatków. Jest to również część najważniejsza, bo w ten sposób zapewniasz realną dostępność sprzętu dla żołnierzy”. Tak więc do wysokiej ceny samego kontraktu wynoszącej 12,4 mld dolarów należy dostać koszty utrzymania i wybudowania dla nich infrastruktury, wyszkolenia techników, pilotów i operatorów.

Ale wiceprezes Boeinga przywiózł jeszcze bardziej zadziwiającą ofertę, w dodatku z komunikatem, że spodziewa się jej zrealizowania!

Objęła ona samoloty przewagi powietrznej F-15EX Eagle II, w ilości wystarczającej dla dwóch eskadr, czyli około 32 maszyn, samoloty wczesnego ostrzegania i kontroli powietrznej E-7A Wedgetail zastępujące popularne E-3A Sentry, czyli AWACS, maszyny rozpoznania morskiego i zwalczania okrętów podwodnych P-8A Poseidon oraz samoloty tankowania powietrznego KC-46 Pegasus. Przy okazji można było mieć wrażenie, że Boeing chce przedstawić ofertę dla Polski wynikającą z własnego nadmiaru mocy produkcyjnych na poszczególne typy samolotów. Bowiem z racji problemów z budżetem obronnym wynikających z kongresowych przepychanek pomiędzy Demokratami, spośród których wywodzi się urzędujący prezydent Joe Biden oraz Republikanami – coraz bardziej prywatną partią Donalda Trumpa – Pentagon zaczyna zmniejszać zamówienia na poszczególne kategorie sprzętu. Zamówienie na F-15EX zmniejszono ze 118 do 98 maszyn, KC-46 też prawdopodobnie zostanie zakupiony w mniejszej liczbie ze względu na problemy z kamerami zdalnego widzenia oraz wysięgnikami do tankowania, P-8A  i E-7A są oceniane jako „doskonałe maszyny, ale bardzo drogie w utrzymaniu”. Ceny ewentualnych transakcji też nie są niskie: brytyjskie zamówienie na E-7A w liczbie trzech egzemplarzy to łącznie z pakietem szkoleniowym, logistycznym i serwisowym koszt 2,5 mld dolarów. W Polsce zakup zapewne były o 1/3 niższy. Nie kupilibyśmy trzech samolotów, a co najwyżej dwa. W przypadku Poseidonów, czyli P-8A, sam „goły” samolot z wyposażeniem bez umów dodatkowych niezbędnych przy tego typu transakcjach oraz kompletu uzbrojenia, jak np. lotnicze torpedy zwalczania okrętów podwodnych, to 175 mln dolarów za sztukę. Zapewne z uzbrojeniem byłoby jak w przypadku oferty szwedzkiej – po 250 mln dolarów a jeszcze dochodzą pakiety serwisowy, szkoleniowy i logistyczny. W efekcie przy dwóch maszynach byłoby to zapewne około 700 mln dolarów. Z kolei F-15EX Lot 4 to obecnie jeden z najlepszych myśliwców wysokościowych, ale kosztujący około 94 mln dolarów za maszynę, czyli dwie eskadry bez odpowiednich umów to 3 mld dolarów, z nimi – zapewne o miliard więcej no i pojawiałby się ten sam problem co w przypadku AH-64E – gdzie infrastruktura do tych maszyn? Jak wyglądałyby koszty ich utrzymania skoro F-15EX używają tylko USA i już planują ich zastąpienie? Jeśli tak, to kto i za jakie pieniądze za 20 lat zmodernizowałby polskim Siłom Powietrznym te samoloty? Wszystkie te pytania są bez odpowiedzi.

Polskie zakupy techniki bojowej i „modernizacja wyspowa” bowiem są rodzaje wojsk, które nie dostały ani złotego i nowego sprzętu, a powinny być zmodernizowane natychmiast, jak WRE czy inżynieryjno-saperskie, spowodowały że dostawcy uzbrojenia zaczęli traktować Polskę jak Zjednoczone Emiraty Arabskie, czyli kraj, który kupi dowolny sprzęt i wyposażenie byle było nowoczesne nie licząc się z kosztami. Z jednej strony to miło, z drugiej my naprawdę tego gazu i ropy naftowej nie mamy.