Praca zdalna na etat?

Australijskie związki zawodowe pozwały do sądu największy bank w kraju i chcą, by prace w domu wpisano do normy prac etatowych. W tym samym czasie liderzy korporacji zwłaszcza IT i bankowych żądają zwiększenia liczby godzin pracy i to w miejscu pracy. Sprawie przygląda się Komisja Europejska oraz związki zawodowe z Europy i USA. Od tego, jak zostanie rozstrzygnięty ten konflikt, zależy jak będzie wyglądał model pracy w następnej dekadzie i później.

Prezesi największych korporacji od prezesa JPMorgan Chase, Jamiego Dimona, po szefa Tesli i Twittera, Elona Muska, wzywają do zakończenia umów o pracę zdalną podpisywanych w erze pandemii i „wprowadzenia elastycznych godzin zatrudnienia, bo trzeba zrównoważyć okres pandemii”, co zawsze oznacza zwiększenie liczby godzin przepracowanego czasu. Tymczasem australijskie związki zawodowe ustanawiają precedens i walczą pozywając największy bank w kraju i kłócąc się z rządem federalnym. Domagają się, by praca z domu znana już pod akronimem WFH (work from home), stała się normą dla prac etatowych. Sprawie uważnie przygląda się Komisja Europejska, europejskie i amerykańskie związki zawodowe.

„Wszystkie głębokie zmiany na australijskim rynku pracy wynikają z kryzysów. Kiedy następuje wstrząs, nigdy nie wracasz do tego, jakim był poprzednio świat. Zawsze jesteśmy pierwsi w anglojęzycznym świecie, powiedzmy w porównaniu z Wielką Brytanią, Stanami Zjednoczonymi, Nową Zelandią” – powiedział agencji Reuters John Buchanan, szef Health and Work Research Network na Uniwersytecie w Sydney.

Pracownicy Commonwealth Bank of Australia, banku o wartości 170 mld dolarów australijskich, największego w tym kraju, korzystając z pomocy związków zawodowych pozwali bank do sądu gospodarczego. W pozwie zakwestionowali dyrektywę kierownictwa banku dotyczącą pracy w biurze przez połowę czasu etatowego stwierdzając, że przy obecnym stanie zarządzania „nie ma ona większego sensu poza wrażeniem ściślejszej kontroli wykonywania zadań przez kierownictwo banku”. Ekonomiści australijscy sądzą, że ten i inne podobne pozwy są możliwe z racji najniższej od pół wieku stopy bezrobocia.

W kwietniu dyrektor generalny trzeciego co do wielkości australijskiego banku, National Australia Bank, nakazał 500 kierownikom wyższego szczebla powrót do biura w pełnym wymiarze godzin. W lipcu NAB zgodził się na porozumienie związkowe, które daje wszystkim pracownikom, w tym 500 kierownikom, prawo do wnioskowania o WFH z ograniczeniami dotyczącymi podstaw odmowy.

W połowie kwietnia związek zawodowy sektora publicznego zawarł umowę, na mocy której 120 000 pracowników federalnych Australii może żądać pracy z domu przez nieograniczoną liczbę dni.

Dla porównania, kanadyjscy pracownicy federalni zakończyli dwutygodniowy strajk w maju porozumieniem płacowym, które przyjęto bez żądanej przez nich ochrony WFH. A w Unii Europejskiej ustawodawcy wciąż negocjują aktualizacje istniejących od dziesięcioleci zabezpieczeń „telepracy”, aby pasowały do gospodarki po lockdownie. Jednak teraz Komisja Europejska i związki zawodowe uważnie przyglądają się australijskiemu procesowi, bo na korytarzach w Brukseli dojrzewa rozwiązanie, według którego pracę z domu należy zabezpieczyć ogólnoeuropejską dyrektywą, która nie pozwoli niektórym na krajom na osiąganie nieuczciwej przewagi konkurencyjnej poprzez wyzysk pracowników.

Tymczasem, według globalnej firmy zajmującej się nieruchomościami Jones Lang Lasalle, zarówno w Europie, jak i w Azji czy USA rzeczywista frekwencja w biurach spadła od jednej piątej w Tokio do ponad połowy w Nowym Jorku.

„Dżin wyleciał z butelki: praca z domu to coś, co pozostaje daleko poza COVID i pandemią. To, co było dotąd możliwe podczas pracy w domu, zostało całkowicie odmienione. Oto, co osiąga ta umowa. Będzie ona miała wpływ na różne branże” – powiedziała Melissa Donnelly, sekretarz Związku Społeczności i Sektora Publicznego, która negocjowała australijską umowę federalną.

Jak powiedział Reuters Mathias Dolls, zastępca dyrektora Centrum Makroekonomii ifo oraz Surveys w Hamburgu: choć liczba dni pracy zdalnej akceptowana przez pracowników różni się w zależności od kraju i branży, różnica między żądaniami pracowników zaakceptowania dni WFH a nakazami ich szefów dotyczącymi powrotu do biura jest stałą globalną. Tak stwierdzono w ramach projektu realizowanego we współpracy z Uniwersytetem Stanforda, w którym wzięło udział 35 000 pracowników i pracodawców w 34 krajach.

Z badania wynika, że wśród pracowników z doświadczeniem WFH tylko 19% chciałoby wrócić do pracy w pełnym wymiarze godzin i są to zwykle osoby samotne. Pracownicy chcieliby dostać na stałe dwa dni WFH tygodniowo. Ale to dwa razy tyle, ile chcieli szefowie, a „różnica się nie zmniejsza” – powiedział Dolls. „Nie sądzę, abyśmy zobaczyli jak poziomy WFH powrócą do ustaleń sprzed pandemii” – dodał zauważając, że wtedy praca z domu była rzeczą uznaniową.

Jim Stanford, dyrektor think tanku Centre for Future Work at Australia Institute, powiedział, że indywidualne umowy związkowe niekoniecznie zakończą impas, ponieważ pracodawcy uzyskaliby większą siłę przetargową, gdyby bezrobocie wzrosło.

„Ogólna opinia wśród pracowników jest zdecydowanie taka, że chcieliby to robić dalej i myślę, że wyłaniająca się większość pracodawców myśli, że nie chce, aby ludzie wrócili do pracy. To przygotowuje grunt pod historyczną konfrontację” – powiedział Stanford.

Przejście na pracę zdalną już zakłóciło model biznesowy właścicieli biur, którzy zgłaszają spadające wyceny budynków w związku z obawami o zmniejszenie powierzchni wynajmowanej przez firmy. Według danych branżowych około jedna szósta powierzchni biurowej w stolicy Australii jest pusta, co jest najwyższym od wielu lat wynikiem, ponieważ frekwencja pracowników pozostaje co najmniej o jedną trzecią poniżej poziomu sprzed pandemii.

„Jest niemal pewne, że o pracę z domu wybuchnie wojna między związkami a pracodawcami” – sądzi Stanford.

Jest to nie tylko problem australijski. Kiedy Komisja Europejska radzi nad skodyfikowaniem pracy z domu w USA problem ten występuje o wiele ostrzej.

„W firmach konsultingowych jest taki dowcip, że są dwa dni pracy z domu – sobota i niedziela. Ale to dobitnie pokazuje, co myślą szefowie korporacji, tacy jak Musk czy Dimon, którzy po prostu chcą powrotu do wczesnych lat 90. z pracą po 16 godzin na dobę. Jeśli wygrają to już w ciemno można inwestować w firmy ochrony zdrowia, bo ludziom już około 35 roku życia zacznie się sypać zdrowie, koło czterdziestki będą to wypalone wraki. Ale to ich nie obchodzi, akcjonariusze i oni sami muszą mieć swój wzrost i dywidendy” – powiedział TV CNN analityk jednego z funduszy inwestujących w ochronę zdrowia.

Australijskie związki zawodowe mają przy tym istotne argumenty – na okazane przez pracodawców badania naukowe, że praca z domu zmniejsza wydajność, związki pokazały badania, które z kolei wykazują, że pracownicy w biurach nigdy nie pracują 8 godzin. Dla zmniejszenia kosztów pracodawcy wynajmują biura w lokalizacjach na przedmieściach co powoduje, że nawet przy pracy przez 8 ustawowych godzin pracownik jest poza domem łącznie przez 9,5 godziny, a w skrajnych przypadkach nawet 11 godzin. Jego wydajność jest więc zupełnie inna, a zdrowie szybko zaczyna szwankować, nie ma też mowy o work-life balance, obecnie szeroko propagowanym.

Pracodawcy jednak nie zamierzają się poddać. Według nieoficjalnych informacji, związki pracodawców szykują nowe umowy z możliwością WFH w liczbie proponowanej przez pracowników, ale ze stawkami godzinowymi o 30% niższymi. Związki ostrzegają, że próba wprowadzenia takiej umowy do obiegu zostanie natychmiast zaskarżona do sądu i potraktowana jako próba wymuszenia.